Jestem chora. I jestem sama w tej chorobie... otworzyłam się kilka razy i powiedziałam o tym kilku bliskim mi osobom, ale nie spotkałam się ze zrozumieniem... Mówili, że powinnam iść do psychologa, bo on mi pomoże. Wiem, że powinnam, ale to za trudne.
Nerwica lękowa. Kiedyś było gorzej. Mogłam wpaść w panikę w każdej chwili. Każdy dzień był dla mnie straszny. Nie chciałam wychodzić z domu, ale nikomu nie mówiłam. Rodzice się wściekali jak im mówiłam, że się boję. Że nie chcę iść, że chcę wyjść, że chcę się zatrzymać. Nikt tego nie rozumiał, ja też nie. Czasami to uczucie wraca i znowu czuję się jak w więzieniu... I teraz wiem, że jestem inna, że jestem chora.
Teraz wiem, że to wszystko było uzasadnione.
Lęk w kościele, w zatłoczonej ławce, lęk w samochodzie, z którego nie ma ucieczki podczas jazdy, lęk w klasie, z której nie mogę wyjść kiedy chcę... I za każdym razem czuję się upokorzona, kiedy o tym komuś opowiadam. Bo nie jestem normalna... Bo normalni ludzie nie mają z tym problemu, a ja muszę błagać o zrozumienie, którego nikt nie może mi dać.
Rodzice nigdy nie byli wyrozumiali. Czułam się jak śmieć kiedy znowu nie dałam rady w samochodzie, kiedy znowu się rozpłakałam i prosiłam by zatrzymali samochód... To się zaczęło w podstawówce. Może przez ojca alkoholika, który nas bił? Może przez to, że mamy prawie nie było w domu i zawsze miała tylko pretensje o bałagan czy złe oceny...
I czuję się jak ten śmieć również teraz. Teraz kiedy Wam to opisuję...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz